Experience Club

www.experience.net.pl

CAMEL TROPHY - 25 lat rajdu.

Dla nas wszystko zaczęło się w roku 1991. To wtedy pierwsza polska załoga pojechała na rajd Camel Trophy, rajd o którym mówiono „nieoficjalne mistrzostwa świata samochodów terenowych – 1000 miles of adventure” czyli jak przejechać samochodem prawie 1600 km w niedostępnych rejonach świata od tropikalnych lasów Malezji po dżunglę Ameryki Południowej.

Historia rajdu zaczęła się w roku 1980, kiedy to 3 zespoły z Niemiec, startujące na Jeepach postanowiły przejechać „autostradę” Transamazońską. Później, przez ponad 20 lat z rajdem związana już była tylko jedna marka – Land Rover.

I właśnie angielski klub posiadaczy oryginalnych po-rajdowych Land Roverów Camel Trophy, postanowił zorganizować obchody 25-lecia powstania rajdu. Obchody zlokalizowano na terenie poligonu Land Rovera w Eastnor Castle, gdzie przez lata ekipy CT trenowały jazdę terenową pod okiem fachowców spod znaku LR. Organizatorzy obchodów rocznicowych zaprosili wszystkich dawnych organizatorów rajdu, w tym wieloletniego jego dyrektora Iana Chapmana, sędziów i zawodników, w tym polskie zespoły.

My postanowiliśmy przyjechać na kołach Defenderem 110, który w 1985 roku przejechał, w ramach rajdu, bagniste tereny Borneo i którego posiadaczem jest Sławek Makaruk „Makaron”, uczestnik pierwszej polskiej ekipy CT Tanzania–Burundii w 1991r. Kolejne miejsca w samochodzie zajęli: Grzesiek Kowalski „Kowal” CT’91, Wojtek Palczewski „Palczak” CT’92 i Witek Rychłowski wprawdzie nie związany z rajdem, ale sympatyk CT, pasjonat i posiadacz dwóch Land Roverów.

Nasz plan był prosty: pokonać całą trasę non-stop i dojechać w noc poprzedzającą poranne otwarcie obchodów. Mocno zapakowany LR dzielnie połykał kilometry z zawrotną prędkością 110km/h (może stąd nazwa modelu auta J ) aż do Holandii. Tam dostaliśmy się w rejon nagłego ataku zimy, co doprowadziło do absolutnego paraliżu autostrady. Cztery godziny straty w naszym misternym planie spowodowały, że na miejsce dotarliśmy o pierwszej w nocy - po 30 godzinach jazdy.

Słoneczny poranek wynagrodził nam nieprzespaną noc w namiotach (-5’C) i zaskoczył widokiem ponad 50 Land Roverów w charakterystycznym żółto-piaskowym kolorze. Były Defendery, Dyskoteki i jeden Freelander w barwach CT z rajdu w Mongolii - rzadki widok.

Po szybkim śniadaniu i powitaniu dawnych znajomych okazało się, że jako jedyny zespół ex-CT dotarliśmy na miejsce własnym samochodem - inni przylecieli samolotami... Potem był briefing, badanie techniczne aut i cała kawalkada sprawnie ustawiła się w 3 konwoje, których zadaniem miało być przejechanie dawnych, zarośniętych dróg oraz budowa mostu z bali na jednej ze starych przepraw. My postanowiliśmy ustawić się w właśnie w tej grupie. Po 15 minutach dla fotoreporterów zniknęliśmy na cały dzień w gęstym, błotnistym lesie. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy po dojechaniu na miejsce okazało się, że pozostali uczestnicy naszego konwoju, powyciągali z samochodów zaawansowany sprzęt saperski taki jak piły łańcuchowe, spalinowe nożyce do żywopłotów (do wycięcia krzaków) czy podkaszarki do trawy ! Tego na rajdzie nie widzieliśmy ... Już po paru godzinach intensywnych prac na skarpie, dojazd do starej przeprawy został odtworzony - w zasadzie byliśmy gotowi do budowy mostu, jednak szybki zachód słońca dał nam do zrozumienia, że tego dnia już nic nie zrobimy, czas na ognisko i obiad ! Przed wyjazdem z Polski podjęliśmy decyzję, że zabierzemy ze sobą polskie specjały. Toteż w naszym menu było: 15 kg kiełbasy Toruńskiej, ogórki konserwowe, chleb, musztarda, piwo no i polska wódka.

Nie byliśmy zdziwieni, kiedy po rozpaleniu grilla i wrzuceniu na ruszt kilku kawałków kiełbasy pojawili się pierwsi chętni. W końcu polska kiełbasa i wódka mają swoją renomę ! Miłą atmosferę kolacji przerwał sygnał do rozpoczęcia aukcji rzeczy związanych z rajdem. Były tam koszule byłych zawodników, gadgety, ekwipunek, naklejki, dodatki do samochodów czyli wszystko to, co miało na sobie charakterystyczne logo Camel Trophy. Licytacja przebiegała żywiołowo, osiągając miejscami zaskakujące poziomy cenowe. Nie przypuszczaliśmy, że legenda tego rajdu jest tak żywa ! Wieczór dokończyliśmy nad ranem przy ognisku, dyskutując i wspominając rajd z sędziami i kolegami z dawnych zespołów.

 

Niedziela. Mroźny poranek, szybki grill, herbata i .... przychodzą do nas Anglicy z pytaniem czy możemy przejąć z ich samochodu trzy bale potrzebne do budowy mostu.

Niestety trzy, a nie cztery. Jak się później okazało, ta nieparzystość powodowała pewien kłopot podczas jazdy. Prawie tona nieregularnie rozłożonego ciężaru na dachu zaowocowała,

podczas pokonywania skarp, tendencją do przewracania się auta na jedną stronę, toteż większość drogi do przeprawy pokonaliśmy wisząc w charakterze mobilnego balastu na otwartych drzwiach.

Przez kilka godzin kolejne Land Rovery dowoziły bale, przedzierając się przez rozjeżdżone błotniste koleiny. Wreszcie - widok był taki jaki pamiętaliśmy z konwoju w dżungli !

Most powstawał sprawnie, ale czas upływał nieubłaganie i nasz skromny zespół niestety musiał się wycofać. Zaczynało się ściemniać, a my musieliśmy zwinąć nasz obóz i wystartować do Polski. Przed nami było kolejne 30 godzin jazdy… Po zapakowaniu auta spotkaliśmy się jeszcze z naszym kolegą Piotrkiem Konopką, uczestnikiem CT’94, który korzystając z okazji pobytu w Anglii postanowił dołączyć do nas chociaż na godzinę. Na prośbę kilku właścicieli LR podpisujemy, tuż przed odjazdem, daszki przeciwsłoneczne w ich samochodach, ostatnie uściski dłoni i w drogę ! Tym razem mamy nowego pasażera – w drogę powrotną postanowił zabrać się z nami sympatyczny Belg z zespołu jadącego w CT’91.

 

Wszystko wyglądało idealnie i mieliśmy wrażenie, że podróż odbędzie się bezawaryjnie... Niestety, po przejechaniu ok.150 km, kompletnie zabłocony alternator odmówił współpracy. Kiedy staliśmy w środku nocy na poboczu drogi szybkiego ruchu bez świateł i zastanawialiśmy się co dalej, zatrzymała się koło nas identyczna „stodziesiątka”. Właściciel samochodu, Australijczyk mieszkający w Anglii od 1,5 roku, uczestnik zlotu i wielki sympatyk CT, podejmuje decyzję o wymontowaniu i oddaniu nam swojego alternatora. Nasz zdecydowany sprzeciw nie odniósł żadnego skutku. Po godzinie mozolnych prac manualnych, sprawny alternator wylądował pod naszą maską. Poczuliśmy wszyscy dawnego ducha „Team Spirit”, tak charakterystycznego dla rajdu CT.

 

Do promu docieramy z 2 godzinnym opóźnieniem, zmęczeni niewyspaniem i zimnem.

Prom dał nam 1,5 godziny snu po których następny przystanek, na śniadanie, zaplanowaliśmy u Belga w domu. Reszta trasy do Polski przebiegła bez żadnych kłopotów i tak jak przewidzieliśmy, nad ranem we wtorek, zameldowaliśmy się w domach.

 

Reasumując: 5000 km, 60 godzin jazdy, 2 dni na miejscu – czy warto było ?

 

Warto !

 

Wojtek Palczewski „Palczak”

Odpowiedzi (0)
Profile społecznościowe
Twoja odpowiedź
Szerokość: , Długość geograficzna: .

Określ hasło aby ograniczyć dyskusję tylko do użytkowników posiadających hasło.

You may add additional URLs that you would like to include in your post.

Dodaj URL