Experience Club

www.experience.net.pl

Spitsbergen
Po bokach surowy krajobraz ośnieżonego gór bez jednego drzewka i ledwo widoczne światełka kilku budynków, klimat jak z filmu grozy. To najpiękniejsze miejsce na świecie - byłem tam dwa razy i bez wahania pojechałbym znów. To tam pierwszy raz w życiu lądowałem pasażerskim odrzutowcem na kompletnie zaśnieżonym pasie. Spałem.Był kwiecień i właśnie kończyła się jedna z ostatnich króciutkich już nocy.

Okutani w puchówki zajęliśmy miejsce w autobusie, który miał nas dowieźć do naszej noclegowni. Obok usiedli Niemcy, Francuzi, Amerykanie, a za kierownicą Polak. Później poznałem jeszcze kilku sympatycznych rodaków, którzy na stałe lub na dłuższy czas osiedli w Longyearbyen. Część studiowała, inni wybrali prace przewodników psów w jednym z turystycznych ośrodków na wyspie, Mijane po drodze, śnieżne zaspy, czarne ściany zboczy z wbitymi w stromiznę drewnianymi słupami kopalnianych kolejek linowych dopełniały obrazu surowego świata. Po drodze minęliśmy kilka ogrodzonych ferm malamutów. Psie obozy, znajdują się kilka kilometrów za miastem, głównie dlatego, że ich wycie uniemożliwiałoby spanie. Psy czekają więc na swoich właścicieli w malutkich budach na krótkich łańcuchach, a psiarczykowie codziennie dokarmiają je i zaprzęgają do sań, by się wybiegały. W najcięższe zimowe dni, co roku toczy się wojna z pogoda o życie zwierząt. Wielkie zamiecie śnieżne zasypują budy, nie odkopane w porę psy duszą się. Cały ten krajobraz potwierdzał moje przekonanie, że na Spitsbergenie człowiek by przeżyć musi przywrócić zagubioną hierarchię bytów. Jakie było moje zdziwienie, gdy już następnego dnia zobaczyłem kolorowe kilkutysięczne Longyearbyen, które ma nie tylko kościół z kawiarnią w jednej sali, muzeum, galerię sztuki, szkołę z salą sportową i basenem, kilka sklepów i przytulnych knajp, własna gazetę, filie uniwersytetu w Oslo, 100 metrowy narciarski wyciąg, klub paraglaidingowy oraz kino (w którym trzeba siedzieć w puchówce by nie zamarznąć) ale i Radisson Hotel mieszczący się w przywiezionym tu budynku wioski olimpijskiej igrzysk z Lillehamer.Na drzwiach hotelu napis po angielsku głosi: „W związku z tym, że niebezpieczeństwo wejścia niedźwiedzia do hotelowego hallu jest niewielkie, prosimy broń zostawiać na stojakach w korytarzu”. Znak zakazu wnoszenia broni znalazłem też na szklanych drzwiach banku. Zawisł tu podobno dlatego, że miejscowi wchodzili często nie tylko z bronią w ręku ale i w kominiarkach, których nie zdążyli zdjąć zsiadając ze śnieżnego skutera. Nie trudno sobie wyobrazić każdorazową panikę wśród turystów, którzy akurat trafiali na takie odwiedziny.I tak dowiedziałem się, że broń nosi się tu jak w Anglii parasol i tak samo zostawia w stojakach przed wejściem, a niedźwiedzi jest zdecydowanie więcej niż w Tatarach i sa groźne. Mimo broni i nieustannych ostrzeżeń, co jakiś czas nieuważny turysta czy mieszkaniec przekonuje się, że z białymi niedźwiedziami żartów nie ma. Nie zmniejsza to jednak miłości miejscowych do tych zwierząt. Z duma opowiadają, jak w Stortingu - norweskim parlamencie - wywalczyli zmianę kolorów na znaku „uwaga białe niedźwiedzie”. Zgodnie bowiem z obowiązująca w całej Norwegii normą tło znaku było białe, a więc miś dla kontrastu musiał być zaskakująco czarny. To raziło wszystkich, którzy przechodzili obok ustawionych na krańcach miasta - podobno jedynych w Norwegii - znaków ostrzegawczych. Po targach Storting dał zgodę na zamianę tła z sierścią misia. I wtedy świat Svalbardu (biały ląd - taką oficjalna nazwę nosi ta prowincja) odzyskał swój porządek.. Zatrzymaliśmy się w schronisku o niewyszukanej nazwie 102. Jak to w Norwegii: schludnie, skromnie. Wspólne łazienki, kuchenka. Jedyne co trudno było znieść to bijący po nozdrzach intensywny zapach. Nie mogliśmy zrozumieć skąd on się bierze w czystym hoteliku. Dopiero gdy sami po 12 dniach nie mycia i nie zmieniania bielizny wróciliśmy do bazy jasnym stało się dla nas, że każda ekipa dodaje niezapomnianego aromatu ścianom przytuliska.Kompletowanie namiotów (koniecznie z dużymi przedsionkami, które pełniły funkcję kuchni), przygotowanie nart (do tradycyjnych crosowych biegówek doklejaliśmy foki). Zapakowaliśmy się w pulki. Tak zwie się plastikowe sanie z dnem i ortalionową osłona, które ciągnie się na lążach przypiętych do biodrowych pasów. To na śnieżnych przestrzeniach najwygodniejszy sposób transportu. Z miasta wywiozły nas skutery i 40 kilometrów dalej zostawiły w lodowej przestrzeni.- To musi być nudne, tak iść dzień w dzień przez śnieżną pustynię jeden za drugim - pytali znajomi przed wyjazdem. Nie umiałem im wtedy odpowiedzieć, co więcej sam miałem takie obawy. Dziś wiem, że nudy nie spotkałem tam ani razu.Tylko w opisie może wyglądać to monotonnie. Pobudka, śniadanie, gotowanie wody na drogę, zwijanie śpiworów, namiotów, pakowane pulek, kurtki puchowe do plecaka i wymarsz. Dwie godziny nartowania, pół godziny przerwy i taki cykl powtarza się trzy razy podczas dnia. Na koniec dziennego marszu rytuał wyboru miejsca na obozowisko, rozbijanie namiotów, które trzeba dokładnie obłożyć śniegiem, następnie kolacja, gotowanie do termosów wody na śniadanie i sen. Bez pośpiechu. Noc nie goni, bo słońce krąży nad nami 24 godziny na dobę. Komfort nieustającego dnia był nie do przecenienia.Spitsbergen to nie jest płaska wyspa. Pełno tam gór, których wysokość bezwzględna nie jest może imponująca, ale nie można zapominać, że wszystkie wierzchołki wyrastają wprost z poziomu morza. Gdy się to uświadomi szacunek do położonych na północy najwyższych szczytów Newtontoppen i Perriertoppen (1713 m n.p.m.) zdecydowanie rośnie.Na wyspie nie brak też zamarzniętych przez trzy czwarte roku fiordów z mniejszymi i większymi torosami (spiętrzonymi lodowymi krami). Na lodzie rytmiczne przesuwanie nart przerywa co jakiś czas blokująca pulki barykada, strome podejście lub silny wiatr zmuszają do skoncentrowania uwagi na marszu. Generalnie możesz jednak iść zatapiając się w sobie i odnajdując spokój jakiego nie dadzą żadne ćwiczenia relaksacyjne. Tematem żartów był też zakres higieny osobistej, która obejmowała maksymalnie, poranne mycie zębów, a u innych ew. wytarcie po śniadaniu ust rękawem. Nieustanną troskę wzbudzały w nas niebezpieczeństwa obtarcia stóp i nie tylko. Oczywiście przy tej okazji każdy musiał sprzedać swój patent na to jak najmniej dotkliwie załatwić to co nawet król robi na osobności. Tu pretekstem do dywagacji była absolutna transparentność udawania się na „posiedzenie”. Łopatka w ręku i powolny spacer kilkadziesiąt metrów za namioty w bezkresną biel zdradzał każdorazowo powód wyprawy.Gdy ósmego dnia wydawało się że nic już nas nie zaskoczy, drugi z marszowych postojów wypadł w Pyramiden - rosyjskim górniczym mieście, opuszczonym przez mieszkańców w 1997 roku. Wchodząc na główny plac czuliśmy się jak ostatni ludzie pogrążonej w epoce lodowcowej planety Ziemia. Puste okna bloków, stojące w śniegu popiersia Lenina, budynek z salą restauracyjno kinową, basen i przede wszystkim hala widowiskowo sportowa, z wiszącym na ścianie wynikiem meczu między zespołami z Pyramiden i Barentsburga. I wszędzie porzucony sprzęt, jakby mieszkańcy na rozkaz w 30 minut wyszli z miasta w śnieżną dal. Pętla zajęła nam 12 dni. Nauczyłem się łapać każdy promień słońca, oszczędzać siły, chronić ciepło wytworzone podczas marszu. Już drugiego dnia przekonałem się, że nim na postoju rzucę się do picia powinienem wyjąć kurtkę puchową, która ochroni od zimna i najdłużej utrzyma ciepło wytworzone podczas wysiłku. Dopiero po ubraniu się był czas, by zabrać się do szykowania picia i jedzenia.Rytuał szybko wszedł mi w krew. Przy ciele trzymałem baterie na prąd, i wilgotne chusteczki, by nie zamarzły. Na noc własnym ciałem suszyłem parę skarpet. Nie był to miły moment, gdy po wejściu do śpiwora ścigałem je ze stóp i wkładałem za pazuchę.Wilgotne od potu buty wydawały mi się największym problemem, nie mogłem się bowiem zdecydować na metodę, by nogi owinąć w plastikowe torebki z supermarketu. Przez pierwsze noce walcząc o suche obuwie wkładałem buty do śpiwora. To sprawiało jednak, że przewracając się w nocy z boku na bok w wąskim śpiworze czułem się jak grotołaz zaklinowany w zacisku. Obok dwóch potężnych butów w kokonie miałem jeszcze, aparat fotograficzny, GPS, dodatkowe baterie, za pazuchą skarpety, rękawiczki, czapkę, wilgotne chusteczki. Szybko zrezygnowałem z ogrzewania butów i rano wkładałem wilgotne. Rok później przeprawiając się na tym samym Spitzbergenie przez 500 metrowej szerokości rzekę z rozrzewnieniem wspominałem moje troski o lekko zawilgocone obuwie.I tak zdradziłem, że moja miłość do Spitsbergenu nie wygasła po pierwszej wyprawie. Wróciłem tam już rok później, i dwa lata później, by w dużo mniejszym gronie odbyć kilka narciarskich wycieczek, poznać życie na psiej farmie, spenetrować jaskinię, która biegnie lodowcem piętrzącym się nad Longyearbyen. Niestety zbyt wczesna w tym roku wiosna zagrodziła nam drogę do drugiego - tym razem pełnego ludzi - rosyjskiego miasta Barentsburga. Brak śniegu uniemożliwił nam dalszy marsz. Przedzieranie się pieszo po błotnistych trawach z bagażem na plecach zajęłoby nam dużo więcej dni, a nie mieliśmy na to ani czasu ani jedzenia.Roztopy sprawiły, że dwa ostatnie dni spędziliśmy w miasteczku. Odwiedzając kolejne knajpki zrozumiałem, że jeśli ktoś chce poczuć oddech prawdziwego Spitsbergenu musi jechać tam natychmiast. Już dziś tłumek turystów kłębi się wokół barów w każdej z knajpek. Oferta wypraw z psami, skuterami, czy statkiem rośnie z miesiąca na miesiąc. Już zakończono rozbudowę lotniska, które będzie wypluwało co raz więcej i więcej chcących zobaczyć jak wygląda osławiony Svalbard i zaznać polarnego życia w barze hotelu Radisson lub na saniach przygotowanych i prowadzonych przez doświadczonych psiarczyków.

Tekst: Wojciech Fusek

 

Odpowiedzi (0)
Profile społecznościowe
Twoja odpowiedź
Szerokość: , Długość geograficzna: .

Określ hasło aby ograniczyć dyskusję tylko do użytkowników posiadających hasło.

You may add additional URLs that you would like to include in your post.

Dodaj URL