Experience Club

www.experience.net.pl

Jechać na rowerach szczytami rumuńskich Karpat ?
Pomysł wydawał się szalony, więc kiedy zadzwonił do mnie Jacek Moritz, główny pomysłodawca wyprawy i zaproponował mi udział w niej jako kierowca suportu, zdecydowałem się od razu. 

Historia rowerowej X-Cross Carpatii narodziła się 10 lat temu. Od tego czasu, co roku, grupa zapalonych rowerzystów realizuje plan przejechania rumuńskich Karpat od początku do końca. W tym roku był to już ostatni odcinek całej, 700 km trasy. Przedsięwzięcie wymagało bardzo dobrego, logistycznego przygotowania całego przedsięwzięcia. Kłopot zaczął się już na samym początku, bo okazało się , że nie ma dokładnych map ostatniego odcinka planowanej trasy. Tu były potrzebne mapy z zaznaczonymi ścieżkami i drogami okresowymi, którymi można jechać na rowerach. Jednocześnie trzeba było zaznaczyć na ewentualnej trasie punkty z namiarami gps’owymi, które służyć miały do „łapania” się w terenie. Przygotowania do wyprawy rozpoczęto już na 6 miesięcy przed planowanym wyjazdem, więc na szczęście starczyło czasu na zdobycie map i wprowadzenie ich do gps’ów . A mapy były nie byle jakie ! Kupione w Stanach Zjednoczonych…. wojskowe radzieckie z lat 70tych! Generalnie, rzeczywiście zaznaczono na nich każdą ścieżkę, tyle że w niektórych momentach okazywało się na miejscu, że teraz jest tam las … w końcu minęło 30 lat. Taki jest urok wyjazdów w nieznane !

Naszym , samochodowym zadaniem, było transportowanie całego biwakowego sprzętu dla 12 uczestników - części rowerowych, jedzenia, garkuchni oraz co najważniejsze, znajdowania w górach miejsc biwakowych w pobliżu strumieni lub rzek, co wiązało się głównie z off-roadowym podróżowaniem po miejscowych terenach. Jaki samochód mógł spełnić te wymagania ? Jest tylko jedno takie auto, mające pojemność ciężarówki, a jednocześnie będące 100% off-roaderem – Land Rover 110. Toteż po zapakowaniu wnętrza auta po dach i całkowitym zapakowaniu dachu, wyruszyliśmy w 1500km trasę. Nie muszę relacjonować trasy po autostradach, bo jazda zapakowanym Landem to żadna przyjemność, szczególnie że na zewnątrz były 34’, a w środku auta - woleliśmy nie sprawdzać. Zgodnie z nazwą modelu osiągaliśmy max 110km/h … to co było pocieszające to myśl, że kiedyś dojedziemy do terenów bezasfaltowych i tam poczujemy ducha walki w terenie.

I w końcu stało się ! Dotarliśmy do pięknych gór, które trochę swoim wyglądem przypominały polskie Pieniny, tyle że o wysokości jakieś 2500m npm.

Z map wynikało jasno, że większość grani jest pocięta kozimi ścieżkami, którymi powinniśmy dać radę przejechać Landem. Pierwszego dnia ustaliliśmy rowerową trasę na dystansie ok.30km. o 9 rano, po zatankowaniu camelbagów napojami isotonicznymi, ekipa rowerowa oddaliła się w góry – pierwszy kontakt radiowy, w okolicach punktu zbornego, ustaliliśmy na godz 20.00. My, zgodnie z planem, mieliśmy cały dzień żeby pojechać do sąsiedniej doliny i poszukać miejsca na obóz. Do wyboru były dwie drogi: jedna asfaltem, na około gór jakieś 120km, druga na skróty przez góry ok. 40km. Wybór był prosty. Po przejechaniu na miejsce i wybraniu obozowiska, w pięknym zagajniku nad strumieniem, pozostawiłem Ewę, Makę oraz sprzęt i wróciłem na pierwszy, ustalony punkt zborny. Po nawiązaniu kontaktu radiowego z ekipą w górach okazało się, że po 7 godzinach wszyscy są jakieś 10 km od punktu startu… 4 godziny podchodzili na szczyt grani z rowerami na plecach, próbując odnalezdz zaznaczone na mapie trasy… Tego dnia nie mogliśmy zapisać jako sukces. Z planowanej trasy udało się przejechać tylko jej niewielką część.

Codzienne szaleńcze zjazdy mocno nadwyrężały dwukołowe sprzęty, toteż każdego ranka przez 2 godziny naprawiano opony, amortyzatory, łańcuchy, wymieniano klocki hamulcowe. My w tym czasie pakowaliśmy sprzęt i szykowaliśmy się do kolejnej przeprawy przez góry. Kolejny biwak - jesteśmy wysoko w górach. Jak zwykle przyjemna polanka ze strumieniem i nawet drewnianym stołem. Zapada noc, my kończymy butelkę miejscowego, naprawdę dobrego wina i idziemy spać. Budzę się po paru godzinach i w zupełnej ciszy widzę na naszym namiocie przemykające się co pewien czas światło… Kto o tej porze może chodzić z latarką koło naszych namiotów ? Wychodzę na zewnątrz żeby sprawdzić co się dzieje. W kompletnej czerni ołowianego nieba co chwila przelatuje błysk błyskawicy. Poczułem na twarzy lekki powiew , który po chwili zamienił się w mocny wiatr. To był sygnał do powbijania pozostałych „śledzi” od namiotu. Kiedy kończyłem go przytwierdzać , na plecach poczułem pierwsze krople deszczu, które po chwili zamieniły się w ścianę wody. Znacie to uczucie kiedy leżysz w ciepłym śpiworze, a od kataklizmu na zewnątrz dzieli cię tylko cienka membrana tropiku ? To był właśnie ten moment, kiedy ogarnia cię błogostan ! Czułem że żyję !

Kolejne dni miały pokazać, że początek nie zarzutował na całość wyprawy. Po 6 dniach zmagań, ekipa rowerowa dojechała do planowanej mety, pokonując w sumie kolejnych 150km trasy granią Karpat. My autem, jakieś 4 razy tyle. Metę nad Dunajem potraktowano z szacunkiem, oddając rzece części wyposażenia rowerowego J.

Podczas całego wyjazdu znajdowanie „dzikich” miejsc biwakowych nie sprawiało specjalnych kłopotów, bo rejon w którym byliśmy był rzeczywiście piękny. Były dni, gdzie po parogodzinnej jezdzie w górach docieraliśmy do zarwanych lub zasypanych głazami odcinków, których po prostu nie dało się przejechać. W takiej sytuacji musieliśmy wracać na wstecznym, bo nie było możliwości zawrócenia na wąskiej ścieżce. Jazda zapakowanym, 3 tonowym autem po skalnych półkach była ekscytująca. To co podczas codziennej jazdy dziwiło nas jednak najbardziej, to widok miejscowych Dacii dojeżdżających w miejsca w których najmniej spodziewaliśmy się osobowych aut. Miejscowi bez oporów mijali nas po górskich, gruntowych, super dziurawych drogach machając przyjaznie na powitanie. Dramatem okazało się przemieszczanie drogami asfaltowymi, które po otrzymaniu dotacji z UE, są naprawiane i poszerzane. Wiąże się to z ruchem wahadłowym i długimi korkami. Jeden ze 100 km odcinków jechaliśmy 4 godziny… szybciej i łatwiej było szutrami przez góry.

Tak minęło nam 10 dni. Dotychczasowy obraz Rumunii, kojarzącej się z głównie z biedą musiałem i chciałem wymazać z pamięci. Otwartość i przychylność miejscowych, wolne od zakazów i nakazów tereny off-roadowe powodują, ze śmiało można polecić wyprawy do tego kraju. Ja na pewno tam wrócę ! Po moich ostatnich doświadczeniach w Polsce z „przychylnym off-roaderem” z okolic Nowego Sącza, zmieniam kierunek eksploracji terenowej. Tam na szczęście nikt jeszcze nie zabrania jazdy w ogólnie dostępnym terenie w imię prywatnego biznesu. Pamiętajmy tylko, żeby nie popsuć miejscowej sympatii !

Jeszcze wracając autem do Polski, zadzwonił telefon. To dzwonił Jacek: „Wojtek, nie ciesz się z końca X-Cross Carpatii, okazało się , że Karpaty ciągną się także po serbskiej stronie !” Tak więc w przyszłym roku już wiem gdzie pojedziemy !

Wojtek Palczewski

Więcej zdjęć zobaczycie na stronie www.x-carpatia.info

Odpowiedzi (0)
Profile społecznościowe
Twoja odpowiedź
Szerokość: , Długość geograficzna: .

Określ hasło aby ograniczyć dyskusję tylko do użytkowników posiadających hasło.

You may add additional URLs that you would like to include in your post.

Dodaj URL